Artykuły: Yoga +, Zima 2009-2010; “Living tantra” (tłumaczenie, cz. 1)
ŻYWA TANTRA (cz. 1)
Autor: Pandit Rajmani Tingunait
Urodziłem się i wychowałem w północnych Indiach, które od dawna stanowią bastion praktyk tantrycznych. Moja rodzinna miejscowość Amargarh leży w trójkącie tworzonym przez trzy święte miasta indyjskie: Varanasi, Allahabad i Ayodhya. Varanasi - miasto światła - ucieleśnia duchową tradycję starożytnych Indii, w tym wszystkie odmiany tantry: hinduską, buddyjską i dźinijską; lewicową, prawicową, zabronioną tantrę oraz praktyki tantrycznetantrycy każdej tradycji zbierają się co roku w styczniu i w lutym, a raz na dwanaście lat pojawiają się prawdziwe ich tłumy na święcie Kumbha Mela. Ayodhya - niezwyciężone miasto Pana Ramy - jest najbardziej mistycznym z nich wszystkich, zaś tysiące świętych i joginów, w większości praktykujących prawicową odmianę tantry, zaludnia gęsto setki klasztorów i aśramów. o naturze czysto jogicznej. W Allahabadzie, miastu bogów, święci, jogini i
Niecałą milę od mojego domu rodzinnego znajdował się klasztor, który działał jak magnes na wędrownych ascetów, poszukiwaczy prawdy i początkujących adeptów. Pobliski pałac posiadał własnych tantryków, panditów i astrologów. Do ich grona należał również mój ojciec. Dorastając na tej ziemi, podziwiałem debatujących panditów, astrologów układających swoje horoskopy i tantryków dokonujących magicznych obrzędów. Widziałem, jak mój ojciec po kilka godzin dziennie recytuje święte skrypty, medytuje mantry i oddaje cześć Świętej Matce poprzez rytuały i ofiarę ognia.
Moje własne duchowe poszukiwania zaczęły się w wyjątkowo prosty sposób. Bałem się duchów mieszkających w burzach pyłowych. Zainspirowany przez moją matkę zacząłem medytować o Hanumanie, recytując 40 poświęconych mu wersów, by ochronić się przed tymi duchami. Ale prawdziwie zainteresowałem się duchowością i zrozumiałem, że praktyki tantryczne mogą pomóc mi odkryć najlepszą część mnie samego i otaczającego mnie świata, kiedy usłyszałem pewną niesamowitą historię.
Radża Amargarhu upodobał sobie numer 24. Miał 24 konie, 24 zapaśników, 24 panditów. Jeden z jego panditów był znakomitym lewicowym tantrykiem i czcił Świętość za pomocą alkoholu i mięsa. W owym czasie polityka pałacowa zdominowana była przez prawe skrzydło, które zabraniało stosowania tych artykułów w celach rytualnych. Ulegając naciskom, radża zażądał, aby lewicowy tantryk zadeklarował jednoznacznie, czy wykorzystuje „nieczyste” atrykuły do swoich rytuałów. Zamiast odpowiedzieć wprost, tantryk odrzekł: „Nie rozkoszuję się alkoholem. Oddaję cześć Świętej Matce w sposób przedstawiony w pismach”. Ta deklaracja jeszcze bardziej wzburzyła prawicowych tantryków. W konspiracji przekonali radżę, aby wtargnąć do świątyni o północy, w czasie gdy tantryk odprawiał swoje rytuały. Zaczęli dobijać się do drzwi świątyni, w chwili gdy tantryk był w połowie odprawiania zabronionego rytuału chakra puja. Nie wiedząc, co czynić, tantyrk przerwał swój rytuał i, zanim otworzył drzwi, pomodlił się: „O, Święta Matko, niech stanie się Twoja wola”. Tłum wtargnął do świątyni, by ku swojemu zdumieniu odkryć kielich mszalny wypełniony mlekiem zamiast winem. Tantryk, zasmucony tym, że Święta Matka musiała specjalnie trudzić się, by go ochronić, zrezygnował ze służby u radży. Wielu innych tantryków poszło za jego przykładem. Niebawem rodzinę radży trapić zaczęły wszelkiego rodzaju nieszczęścia - choroby, wypadki i śmierć. Słoń radży oszalał, zaś część pałacu zawaliła się.
Dla mnie wtedy wszystkie szczegóły dotyczące tej opowieści - rytuał tak święty, że zabroniony był dla niezainicjowanych, wino zmieniające się w mleko w kielichu, łańcuch nieszczęść będący wynikiem przerwania tantrycznego obrzędu - były jednocześnie fascynujące i zdumiewające. Gdy zapytałem ojca, czym jest tantra i kim byli ci tantrycy, odpowiedział tylko: „Tantra jest sposobem odkrywania nieskończonego potencjału twojego ciała, mocy twojego umysłu i piękna twojej duszy. Tantrycy są błogosławionymi dziećmi Świętej Matki”. Chociaż byłem zbyt młody, by zrozumieć sens tej odpowiedzi, incydent w świątyni pałacowej był tak fascynujący, że popchnął mnie głębiej w świat tantry.
Zacząłem aktywnie poszukiwać tantryków, którzy praktykowali specjalne techniki i posiadali wyjątkowe moce. Cuda fascynowały mnie najbardziej, więc przeszedł mnie dreszcz emocji, kiedy natrafiłem na tantryka posiadającego niezwykłą, metalową misę. Gdy w okolicy coś zostało skradzione, wzywał on swoją misę. Misa ożywała, unosiła się w powietrze i przepływała do miejsca, w którym znajdował się skradziony przedmiot; następnie unosiła się nad tym miejscem, aż skradziony przedmiot został odszukany, a jego odzyskanie uznane przez prawowitego właściciela. Poznałem innego tantryka, który leczył ukąszenia kobry. Inny z kolei tantyrk malował mandalę znaną jako chakra vyuha, pokazywał ją kobiecie w ciąży i w przeciągu kilku minut dziecko przychodziło na świat. Poznałem też pewnego ascetę, który specjalizował się w tantrycznym zastosowaniu ziół. Na przykład przywoływał energię apamargi i dawał ją klientowi, którego dom został zaatakowany przez kobry. Kiedy tylko ten rozmieścił zioło w swoim domu, kobry w pośpiechu umykały. Pewien sufijski fakir specjalizował się w nauce zwanej jantar (yantra/mandala). Leczył koszmary senne, fobie i bezpłodność przywiązując jantar (mandalę) do ramienia pacjenta. Doświadczenia z tymi i wieloma innymi tantrykami przekonały mnie, że tantra jest tak głęboką, pożyteczną i cenną nauką, jak wszystkie inne nauki znane człowiekowi. Jednak kiedy wyjechałem do Allahabadu i wstąpiłem na tamtejszy uniwersytet, byłem świadkiem wydarzeń, które sprawiły, że zacząłem zastanawiać się, czy tantra nie jest przypadkiem kombinacją oszustwa i zabobonu.
Jeden z moich profesorów na Uniwersytecie w Allahabadzie był głęboko zaangażowany w badanie i praktykę tantry. Znał większość tantryków z północnych Indii i większość z nich szanowała go i korzystała z jego porad. Kiedy pewnego razu zachorował, przypisał tę chorobę pewnej zaawansowanej praktyce tantrycznej, jakiej niedawno się podjął. W poszukiwaniu lekarstwa odwiedził lokalnego tantryka dr. Kapoora, który zapisał mu cudowne lekarstwo. Za każdym razem, gdy zażył lekarstwo, przez krótki czas czuł się o wiele lepiej. Gdy efekt ustawał, symptomy powracały, więc profesor często odwiedzał dr. Kapoora, którego zaczął postrzegać jako swojego wybawcę i przewodnika. Minęły trzy lata. Żona profesora zaczęła się niepokoić pogarszającym się stanem zdrowia męża. Poprosiła mnie, abym odszukał dr. Kapoora i sprawdził, czy rzeczywiście był lekarzem i tantrykiem.
Po pewnym czasie ustaliłem, że doktor faktycznie posiadał stopień medyczny, jednak ludzi bardziej przyciągały do niego jego moce tantryczne, niż jego wiedza medyczna. Nie pobierał opłat za swoje usługi, jednak należało przynieść mu jedną porcję paan (specjalny preparat z liści betelu, orzechów betelu i tabaki), paczkę papierosów i niewielką sumkę pieniędzy (mniej niż 50 centów). Dr Kapoor miał lekarstwa na wszystko - od problemów fizycznych po zaburzenia psychosomatyczne oraz problemy, które swoimi korzeniami mogły sięgać sfery duchowej i poprzednich wcieleń.
Złożyłem wizytę dr. Kapoorowi i odkryłem, że w jego poczekalni panowała atmosfera tak głębokiego mistycyzmu, że odwiedzający natychmiast wpadał w trans. Gabinet dr. Kapoora znajdował się na drugim piętrze. Schody oświetlone były ledwie jedną, niedużą lampą oliwną, która oświetlała trzy czaszki na niewielkim ołtarzu. Same schody spowite były w ciemnościach, nawet za dnia. Powietrze w gabinecie przesiąknięte było zapachem mirry. Dr Kapoor zasiadał na specjalnie przygotowanym ołtarzu. Po obu jego stronach znajdowały się mniejsze ołtarzyki, na każdym z nich płonąca lampka i obrazek bogini Kali. Grupka wyznawców i uczniów siedziała przed nim w ciemnym świetle dwóch ceremonialnych płomieni. Doktor pozdrawiał każdego nowoprzybyłego z imienia i wymieniał problem, jaki go tu sprowadzał. Gdy wypowiadał to, tłum krzyczał: „Jai ho! Jai ho!” (Witaj! Witaj!). W chwili gdy wszedłem do jego gabinetu, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Gdy go opuszczałem, byłem już tego pewien.
Zbadałem tę sprawę bliżej i odkryłem, że wielu spośród domniemanych klientów stłoczonych w poczekalni było w rzeczywistości agentami dr. Kapoora. Ich zadanie polegało na cichym zbieraniu informacji o osobistym życiu klienta i przekazywaniu ich do dr. Kapoora jeszcze zanim klient wszedł na schody. Ponadto dym kadzidlany zawierał substancje psychodeliczne, zaś ludzie siedzący u jego stóp byli narkomanami, których zadanie polegało na potęgowaniu toksycznej atmosfery. Każdy z przepisywanych przez niego leków zawierał opium, dlatego właśnie mój profesor czuł się tak dobrze po jego zażyciu i dlaczego efekt jego zażycia mijały tak prędko. Krótko po tym, jak mój profesor przestał go odwiedzać i po kilku dekadach udanej praktyki „tantrycznego uzdrawiania” - dr Kapoor został aresztowany za handel narkotykami.
CDN





